Wieje, rozpalasz w kominku, a po chwili w salonie stoi gryzący dym, bo podmuch wpycha spaliny z powrotem do przewodu. Są na to dwa tanie sposoby: nasada kominowa za 200–700 zł albo stalowe przedłużenie komina o 1–2 m. Na kominie od drewna nasada musi być stalowa, z certyfikatem żaroodporności, bo plastik stopi się przy pierwszym pożarze sadzy.
Dym w salonie przy porywach wiatru to sygnał z dachu
Jeśli kłopot pojawia się dopiero wtedy, gdy mocniej zawieje, winny jest najczęściej wylot komina. Stoi za nisko albo w miejscu, gdzie wiatr odbija się od dachu, drzew lub domu obok i kręci się w wirach. Taki wir dociska spaliny z powrotem do przewodu i robi się cofka.
Przedłużenie i nasada kosztują po kilkaset złotych, ale leczą dwa różne problemy. Zanim cokolwiek kupisz, przejdź trzy kroki w tej kolejności.
Krok pierwszy: kominiarz i czysty przewód
Sam zawsze zaczynam od telefonu do kominiarza, a nie od sklepu. Zapchany albo nieszczelny przewód nie zacznie ciągnąć tylko dlatego, że na jego końcu pojawi się nowa nasada albo dodatkowy metr rury. Cała operacja z robocizną to wydatek rzędu 600–1600 zł, więc szkoda go tracić na problem, który siedzi niżej.
Kominiarz przy okazji oceni stan komina. Gdy przewód jest w złej kondycji, nasada nic nie zmieni i trzeba myśleć o uszczelnieniu go od środka.
Czy wylot stoi wystarczająco wysoko?
Drugi krok to spojrzenie na komin z ogrodu. Jego wylot powinien wystawać ponad połać na tyle, żeby wyjść poza strefę turbulencji, którą tworzy wiatr spływający po dachu. Porównaj go z kalenicą i rozejrzyj się dookoła: wysokie drzewa albo piętrowy dom sąsiada postawiony tuż przy granicy potrafią zepsuć ciąg nawet porządnemu kominowi.
Gdy wylot jest za nisko, pomaga przedłużenie o 1–2 m ze stali kwasoodpornej lub żaroodpornej. Przy średnicy 150–200 mm metr takiej rury kosztuje 350–900 zł. Wybierz wersję dwuścienną z wełną: nie przeciąża starej czapy kominowej i nie wychładza spalin tuż przed wylotem.
Zasada jest prosta. Za niski wylot leczy przedłużenie, cofkę przy porywach leczy nasada, a bywa, że trzeba założyć jedno i drugie.
Średnica i paliwo decydują o rodzaju nasady
Trzeci krok to miarka i odpowiedź na pytanie, czym palisz. Średnica wylotu i rodzaj paliwa przesądzają, czy nasada obrotowa w ogóle wchodzi w grę. Model kupiony na oko zwykle kończy z zaciętym mechanizmem po pierwszym marznącym deszczu.
- Nasada obrotowa (turbowent) ma wirnik kręcony przez wiatr, który wytwarza podciśnienie w przewodzie. Pasuje do wentylacji grawitacyjnej, a na komin dymowy tylko z certyfikatem do spalin. Kosztuje 200–700 zł.
- Nasada samonastawna obraca się tyłem do wiatru i zasłania wylot. Sprawdza się tam, gdzie wiatr często zmienia kierunek.
- Nasada stała nie ma mechanizmu i chroni tylko przed deszczem i ptakami. Przy kłopotach z ciągiem nie pomoże.
Komin od drewna i węgla: tylko stal z certyfikatem
Przy kotle albo kominku na drewno czy węgiel nie ma miejsca na kompromis. Nasada musi mieć certyfikat żaroodporności. Plastik i aluminium stopią się przy pierwszym pożarze sadzy, a przy paliwie stałym taki pożar to realne ryzyko, nie teoria.
Stal też ma słabe punkty. Zużyte łożyska w turbowencie piszczą w nocy przy wichurze, a lepka sadza z sezonu grzewczego potrafi zablokować wirnik. Dłużej wytrzymują modele ze stali kwasoodpornej na łożyskach zamkniętych, ale i je trzeba obejrzeć po każdym sezonie. Przedłużenie bez mechanizmu wymaga tylko czyszczenia przewodu.
Montaż zostaw dekarzowi albo kominiarzowi. Za samą pracę na dachu zapłacisz 300–700 zł, robota zajmuje kilka godzin i nie brudzi w domu. Wejście na śliską, stromą dachówkę bez uprzęży to oszczędność, która może kosztować najwięcej.
